 Fot. Kali
| |
|
|
|
Muzyczne podróże Kalego
Kali
Napis na bilecie nie kłamał. Festiwal, który miał się odbyć na gigantycznej łące u podnóża wzgórza zamkowego, nieodparcie kojarzył mi się z filmem
z festiwalu w Woodstock.
Z galerii zdjęć umieszczonych na stronie festiwalu emanowała ta sama dziwna atmosfera radości i miłości, którą tak wymownie przedstawił film o największym festiwalu pokolenia dzieci kwiatów Woodstock. Przemieszczając się szybko autostradą w kierunku Kassel nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, jak wiele wspomnień z tego filmu stanie się realnym przeżyciem, które przeniesie mnie i tych pozostałych kilkadziesiąt tysięcy ludzi w ten niesamowity świat miłości, radości i muzyki pokolenia flower power.
Po jednodniowym wypoczynku w Kassel w domu mojego bliskiego licealnego druha, rankiem 14 lipca wyruszyliśmy razem w kierunku małej miejscowości Breitenbach niedaleko miasteczka Alsfeld. Po długiej wędrówce drogami wijącymi się pomiędzy polami i lasami, podziwiając piękno przyrody dotarliśmy do bramy, przy której - po sprawdzeniu biletów - każdemu uczestnikowi założono w sposób trwały na nadgarstku opisaną tasiemkę stanowiącą swoistą, wielokrotnie kontrolowaną przepustkę na teren pola namiotowego i wydzielonego terenu festiwalowego. Szybko znaleźliśmy miejsce do zaparkowania samochodu, obok którego rozbiliśmy nasz namiot.
Po zaimprowizowanym posiłku i orzeźwiającej szklanicy piwa ruszyliśmy na rekonesans. Wszędzie wokół ludzie rozbijali setki namiotów, stawiali przyczepy kempingowe, rozpalali ogniska i zaczynali tworzyć wspólnotę, której możliwości istnienia człowiek uwikłany cywilizacją XXI wieku nawet nie podejrzewa. Wzdłuż głównej alei, prowadzącej środkiem tego gigantycznego campu na teren koncertowy, na każdym kroku napotykaliśmy na kramy i stoiska z rękodziełem, płytami winylowymi i CD w ogromnym wyborze, owocami i wszystkim, czego człowiek może nagle zapragnąć na środku tego wielkiego biwaku. Centralnie, w miejscu łatwo dostępnym przy głównej alei, nieopodal wejścia na teren festiwalowy, usytuowano plac zabaw dla dzieci z obsługą, która przez 24 godziny na dobę była w stanie zabawiać chmary dzieciaków w różnym wieku i o różnych zainteresowaniach. Pod lasem stacjonował spory oddział straży pożarnej, a na granicy terenu festiwalowego i campu zainstalował się szpital polowy czynny całą dobę. Perfekcyjną niemiecką obsługę imprezy - pod względem bezpieczeństwa - zapewniały dyskretne patrole policji.
W tym dniu występy na głównej scenie rozpoczęły się o godzinie 18 koncertem grupy zaprzyjaźnionych muzyków i organizatorów imprezy. Ze sceny popłynęły pierwsze dźwięki bluesa, przywołujące przed główną scenę rzesze uśmiechniętych i zadowolonych uczestników. O godzinie 20 na scenie pojawił się pierwszy zawodowy zespół o nazwie Colour Haze, który wprowadził słuchaczy w promieniach zachodzącego słońca w nastrój psychodelicznego rocka. Następnie na scenie pojawił się świetny włoski zespół W.I.N.D., grający bardzo tradycyjną muzykę z kręgu dokonań The Allman Brothers, Govt Mule czy też Grateful Dead. Zapadające ciemności i coraz piękniejsze dźwięki płynące ze sceny wprowadziły gęstniejące z każdą chwilą tłumy w świetną atmosferę, która o godzinie 22 wręcz eksplodowała - wraz z pierwszymi dźwiękami cudownie granego, na rewelacyjnym poziomie, sychodelicznego rocka w wykonaniu The Amber Light. Ten młody niemiecki zespół potwierdza znaną rzeszom fanów rocka prawdę o wysokiej jakości niemieckiej muzyki rockowej, mało niestety znanej w naszym kraju. Koncert opierał się głównie na utworach z ostatniej, rewelacyjnej płyty zespołu "Goodbye to dusk farewell to down". I tak krótko po północy zakończył się pierwszy muzyczny wieczór pod rozgwieżdżonym niebem u stóp Burg Herzberg. Jeszcze długo w ciemnościach nocy rozbrzmiewały dźwięki gitar i migotały płomienie ognisk. Zasypialiśmy w niesamowitej atmosferze, nieświadomi jeszcze do końca rangi czekających nas atrakcji.
Piątkowy poranek zalany słońcem powitaliśmy spacerem na skraj campu, gdzie czekali już dostawcy świeżego pieczywa i innych podstawowych artykułów spożywczych. Po śniadaniu i pierwszej w tym dniu szklanicy piwa udaliśmy się na dalsze penetrowanie licznych stoisk muzycznych, obfitujących w rarytasy, których próżno by szukać w sieciach handlowych i innych Media Marktach. Na teren festiwalowy nie można było wnieść butelek i innych potencjalnie niebezpiecznych przedmiotów, a brak stosownej przepustki na nadgarstku kończył się odstawieniem do bramy campu. Na terenie tym nie brakowało dobrze zaopatrzonych stoisk miejscowego browaru z Alsfeld i wielu punktów gastronomii z kuchnią indyjską, szwabską i wegetariańską, gdzie za parę euro można było dobrze zjeść, nic nie tracąc z wrażeń muzycznych.
W tym dniu koncert o godzinie 13 rozpoczął zespół AUDIENCE, będący przedstawicielem brytyjskiego artrocka z kręgu VAN DER GRAAF GENERATOR. Bardzo dobry koncert zapowiadał nie lada emocje. Rozpoczęcie następnego występu, jednej z gwiazd tego festiwalu, brytyjskiej grupy MOSTLY AUTUMN, pokrzyżowała gwałtowna burza, która po raz pierwszy i ostatni zarazem w czasie tej imprezy zmyła kurz i nadmiar emocji z oszalałych ze szczęścia fanów dobrej muzyki. Po burzy z godzinnym opóźnieniem na scenie pojawili się muzycy MOSTLY AUTUMN, na czele z charyzmatycznym gitarzystą Bryanem Joshem i uroczą wokalistką Heather Finlay. Zagrali utwory z najnowszej płyty "Storms over still water" i wiązankę największych przebojów. Mimo początkowych problemów technicznych z powodu zalanej deszczem aparatury nagłaśniającej, koncert sprawił wszystkim fanom tej grupy wiele radości. Urok i głos Heather, oraz cudowne dźwięki gitary Josha na długo pozostaną w sercach i umysłach tysięcy fanów. Po krótkiej przerwie technicznej na scenie pojawiła się następna gwiazda tego festiwalu, szwedzka grupa ANEKDOTEN. Porywający progresywny rock w wykonaniu Szwedów, uszlachetniony dźwiękami mellotronu doprowadził widownię na skraj ekstazy. Muzyka - mimo że nie łatwa - podbiła serca widowni, która długo domagała się bisów sympatycznych wykonawców. Około godziny 20 na scenie zjawili się muzycy grupy LOVE WITH ARTHUR LEE, która pierwsze sukcesy święciła w roku 1967. W muzyce tej grupy odkrywaliśmy cudowne dźwięki, których korzenie to THE DOORS, THE BYRDS czy też może JEFFERSON AIRPLANE.
Słowem: wielka uczta dla miłośników starego rocka. Emocje tego koncertu nie zdążyły ostygnąć, gdy na scenie pojawili się muzycy formacji BIG BROTHER & THE HOLDING COMPANY, którzy - jak sami powiedzieli - mieli wielkie szczęście napotkać na swej artystycznej drodze nieodżałowaną Janis Joplin. Jako wokalistka tego wieczoru wraz z zespołem Janis wystąpiła piękna, obdarzona niesamowitym głosem czarnoskóra Sophia Ramos. Po utworach z repertuaru własnego Sophia odpowiedziała na błagania publiczności pozytywnie i w promieniach zachodzącego słońca wykonała największe przeboje Janis z "Summertime" na czele. Duch Janis Joplin znalazł w tłumach przed sceną główną ukojenie, a w umysłach obecnych zapanowały emocje bliskie przeżyciom uczestników pamiętnego festiwalu w Woodstock. Filozofia miłości dzieci kwiatów ogarnęła wszystkich zgromadzonych i nikt już nie miał wątpliwości co do faktu trwania ruchu hippisowskiego na świecie.
Zakończenie tego wieczoru to potężna dawka rocka psychodelicznego w wykonaniu najpierw dobrze znanej fanom tego kierunku brytyjskiej grupy OZRIC TENTACLES, która w niesamowitej feerii barwnych świateł wykonała bardzo mocne i energetyczne dźwięki, po czym na scenie pojawiła się następna grupa brytyjskich kapłanów rocka: SPACE RITUALS, tym razem bliższa kierunkowi "space rock" i dokonaniom kultowej grupy HAWKWIND. Gwiazdy, zapach ognisk i dźwięki gitar utuliły nas do snu po tym pełnym atrakcji muzycznych dniu.
Następnego dnia, po śniadaniu w pobliskiej knajpie pod dużym namiotem i długim spacerze po budzącym się powoli do życia campie, z fotelami pod pachą powędrowaliśmy na teren festiwalowy, by z rozkoszą zanurzyć się w tej pełnej radości wspólnocie ludzi kochających muzykę jak siebie samych. Powoli dotarło do naszych umysłów, że tutaj nikt nikomu nawet nie próbował nic zabrać, każdy bez obaw zostawiał swój dobytek - a były to również rzeczy cenne - na trawie, gdzie słuchał koncertu, szedł po piwo czy w miejsce ustronne i to, co zostawił, leżało dokładnie tam, gdzie to zostawił. Czy to w ogóle jest możliwe w dzisiejszym zwariowanym i nieuczciwym na każdym kroku świecie? Okazuje się, że tak. Nikt do nikogo nie miał żadnych pretensji, wszyscy się uśmiechali, dzieci bawiły się razem i nawet stada psów różnej maści i wielkości o dziwo żyły zgodnie. Niesamowite to i piękne zarazem. W ten sobotni poranek muzyczne atrakcje rozpoczął o godzinie 11 zespół TMF, który z pomocą prawdziwego starego rocka z okolic DEEP PURPLE lub może LED ZEPPELIN obudził ostatnich śpiochów, utrudzonych nocnymi śpiewami przy ogniskach. Ten dzień na scenie głównej festiwalu należał do weteranów muzyki rockowej. Jako następny zameldował się legendarny zespół EPITAPH z piękną rockową muzyką lat siedemdziesiątych. Po takim wprowadzeniu właściwym dla tamtych cudownych i tak owocnych dla muzyki rockowej lat na scenie zawitał następny weteran starego rocka, dowodzony przez dziesiątki lat, przez Petera Jahnke zespół JANE. Magiczne dźwięki tej muzyki wprowadziły rozgrzane lipcowym upałem rzesze w cudowny festiwalowy nastrój. Przed trudnym - wydawać by się mogło - zadaniem stanęli członkowie skandynawskiego zespołu SIENA ROOT, który bardzo odważnie i bez kompleksów uraczył nas potężną dawką mocnego rocka gdzieś spomiędzy wczesnego Black Sabbath a Mountain. Chłodni, jak utarło się oceniać, Skandynawowie bez większego trudu zdobyli serca widowni. Zagrali przepięknie. Gwiazdą nr 1 tego wieczoru miał być zespół TEN YEARS AFTER, jednak okazało się, że nie był to dobry dzień dla tej kapeli. Zespół prowadzony kiedyś przez najszybszego gitarzystę rockowego świata, Alvina Lee, w mocno odmłodzonym składzie nie porwał obecnych ani starymi przebojami, ani nowymi dokonaniami. Zdaniem wielu osób, z którymi udało się nam porozmawiać, to był najsłabszy występ tego festiwalu. Po krótkiej przerwie na scenie pojawił się następny weteran starego rocka i jego zespół, czyli MANFRED MANNS EARTH BAND który już w 1964 roku brylował na listach przebojów. Zespół zagrał wiele swoich wspaniałych przebojów, a widownia bez trudu - ku radości muzyków - śpiewała razem z zespołem utwory tak wiele znaczące w historii rocka, jak choćby "Mighty queen" czy "Davys on the road again". Wspólne śpiewy długo trzymały członków grupy na scenie, zmuszając ich do kolejnych bisów. Ale to jeszcze nie był koniec atrakcji. Tego wieczoru na godzinę 23 zapowiedziany był koncert brytyjskiej grupy IQ, która od dwudziestu kilku lat, pod wodzą charyzmatycznego wokalisty Petera Nichollsa, nieprzerwanie raczy nas piękną, neoprogresywną odmianą rocka.
To był wspaniały spektakl, piękna, bardzo energetyczna muzyka, gra świateł, obrazy ilustrujące muzykę rzucane na ekrany przez zespół trzech rzutników razem stworzyły niezapomniane widowisko, bez wątpienia jedno z najpiękniejszych na tym festiwalu. Jakby tego było jeszcze mało, po godzinie 1 w nocy na scenę wkroczyli Węgrzy z zespołu KORAI OROM, który na dobranoc uraczył wszystkich potężną dawką psychodelicznego rocka tak, że dopiero około 3 nad ranem strudzonych i otulonych nocnym chłodem uczestników brak snu pognał w kierunku namiotów. Tej nocy niewiele już ognisk płonęło i niewielu gitarzystów grało standardy rocka. Burg Herzberg pogrążył się w głębokim, zasłużonym śnie. W niedzielny poranek, w czwartym dniu imprez,y scena główna zalana ostrym lipcowym słońcem na początek opanowana została przez mającą swój rodowód na Karaibach grupę PSYCHO KEY. Muzyka szybko dobudziła śpiących, zmęczonych uczestników imprezy, a feeria dźwięków, w których słychać było echa reggae zmieszane z dużym wyczuciem z melancholijnym sitarem i pierwotnym brzmieniem rocka, zauroczyła nas po raz pierwszy tego dnia. Egzotyczne rytmy obecne miały być w tym dniu nie tylko w tym pierwszym koncercie.
Następny występ to rewelacyjnie brzmiąca mieszanina funk, soul i samby w wykonaniu brazylijskiego BERIM BROWN. O godzinie 15, gdy słońce stało się nieznośne, a błękit nieba otaczał wszystko wokół, na scenie pojawiła się grupa SIRQUS ALFON, której występ to teatr tańca i muzyki z elementami burleski. Ten występ być może z powodu meczącego upału nie porwał serc widowni do tańca, choć widowisko było niebanalne. Kolejne koncerty afrykańskiej ZOE & OKADA SUPERSOUND i serbskiej BUKOVINA CLUB ORKESTRA to wspaniałe, energetyczne, pełne życiowych wibracji granie muzyki narodowej tych grup. Atmosfera stała się bardzo gorąca, a widownia rozkołysała się w rytm dźwięków płynących ze sceny. Na tak przygotowany emocjonalnie teren, po godzinie 20 w promieniach powoli zachodzącego słońca wkroczył szalony, pełen rockowych brzmień gitarowych zespół TITO & TARANTULA. Grupie tej przypadł zaszczyt wykonania ostatniego już tego lata koncertu BURGHERZBERG FESTIVAL 2005 i z tego zaszczytu grupa wywiązała się należycie. Ten wieczór to pożegnania przyjaciół, sąsiadów z pobliskich namiotów i przyczep, przy dźwiękach gitar i przy blasku ognisk. Wszyscy będziemy czekać cały rok z nadzieją, że w drugiej połowie lipca 2006 spotkamy się ponownie na łąkach niedaleko Burg Herzberg. I tak na pewno się stanie...
Od lutego bilety czekają w szufladzie, a wyjazd do świata hippisów i muzyki od dawna jest już uzgodniony na łonie rodziny. A może ktoś jeszcze kochający muzykę wyruszy do tego świata? Zapraszam.
Kali
zdjęcia z festiwalu:
warto zajrzeć:
www.burgherzberg-festival.de
|
|