Fot. Justyna Jurczyk
| |
|
|
|
Ekstremalny i rodzinny
(ww)
Żadna ze sportowych drużyn Rybnika i całego regionu nie ma tak licznej i tak wiernej publiczności jak rybniccy żużlowcy. Nawet gdy, tak jak w tym roku, wiedzie im się bardzo źle, na Stadion Miejski przy ul. Gliwickiej przychodzą oglądać ich mecze po trzy, cztery tysiące widzów. Wystarczyłoby jednak, żeby wygrali jeden, dwa mecze, a na trybunach rybnickiego stadionu zasiadałyby prawdziwe tłumy.
To fenomen na skalę całego regionu. O takiej publiczności pierwszoligowi piłkarze Odry Wodzisław mogą tylko pomarzyć. Ostatni rekord frekwencji padł we wrześniu 2003 roku. Pojedynek rybnickich "rekinów" (przydomek drużyny RKM-u) z "jaskółkami" z Tarnowa miał zdecydować, która z tych dwóch drużyn awansuje do ekstraligi. Już na godzinę przed meczem stadion był wypełniony po brzegi. Wygrany przez rybniczan mecz oglądało blisko 12 tys. widzów, a jakaż panowała wtedy na stadionie atmosfera.
Żużel, czy jak kto woli speedway, wyzwala olbrzymie emocje, może właśnie dlatego ta publiczność tak bardzo różni się od tego, co można oglądać na meczach ligowych piłkarzy. Tu nie ma awantur i stadionowego chamstwa. Dlatego na stadion przychodzą całe rodziny; a może na odwrót - dlatego, że przychodzą całe rodziny, nie ma miejsca na chamstwo i agresję. Na meczach piłkarzy, nawet gdy gra reprezentacja, nieraz można usłyszeć wulgaryzmy miotane już nie tylko przez pseudokibiców, ale i przez samych zawodników, a nawet trenerów. Klnącego żużlowca jeszcze żaden kibic nie usłyszał, bo nawet jeśli w czasie wyścigu kląłby jak przysłowiowy szewc, to i tak wszystko zagłusza ryk silników.
Ta familijna publiczność to sprawa nie do przecenienia. Tym sposobem na stadionowych trybunach wciąż dorastają kolejne pokolenia wiernych sympatyków. Ewenementem jest też spory odsetek dziewcząt i kobiet interesujących się czarnym sportem. To określenie dyscyplina ta zawdzięcza dawnym czarnym żużlowym torom i rzadko wygrywającym żużlowcom, na których lądowały drobiny żużla wyrzucane spod tylnych kół motocykli jadących przed nimi zawodników. Po zakończonym wyścigu bardziej przypominali oni kominiarza niż sportowca.
W czym tkwi urok i magia żużla? Co ściąga na trybuny tłumy? Czy ten fenomen można jakoś wytłumaczyć? Można, można... Żużel, jak większość sportów motorowych, jest bardzo widowiskowy i co jest ewenementem, tu wszystko rozgrywa się w jednym miejscu, na stadionie, na oczach widzów. Na owalnym torze czterech zawodników na motocyklach bez hamulców ściga się na dystansie czterech okrążeń. Tor jest szeroki, każdy z zawodników może wybrać sobie swój tor jazdy, a to gwarantuje emocje.
W momencie startu silnik w motocyklu każdego z zawodników pracuje na maksymalnych obrotach, wszystko po to, by jak najszybciej dojechać do pierwszego wirażu. Tam zawsze jest najciaśniej i trwa najbardziej zażarta walka. Trzeba wcisnąć się przed rywali i jeszcze w charakterystyczny sposób wyłamać motocykl, tak by tylne koło motocykla uporało się z siłą odśrodkową odrzucającą zawodnika od wewnętrznej krawędzi toru.
Żużel to sport bardzo konkretny. Mecz ligowy to 15 wyścigów, w których za każdym razem startuje czterech zawodników, po dwóch z każdej z drużyn. Tu nie można niczego przegapić. Jeśli mecz jest naprawdę zacięty, przy każdym starcie emocje sięgają zenitu i po zakończeniu wyścigu, trwającego niespełna 70 sekund, opadają tylko na chwilę, do następnego startu.
Prawdziwi kibice nie wyobrażają sobie meczu bez programu zawodów z rozkładem wyścigów. Tam wpisują wyniki kolejnych punktów i dorobek punktowy poszczególnych zawodników, co pozwala na kalkulacje i przewidywanie rozstrzygnięć kolejnych wyścigów. To zarazem cenna pamiątka, z pomocą której po latach można przypomnieć sobie przebieg meczu i związane z nim emocje. Piłkarscy kibice tego nie mają i musi im wystarczyć dobra pamięć; tylko co tu pamiętać, jeśli po 90 minutach gry z udziałem 22 i więcej piłkarzy mecz kończy się wynikiem 0:0. Na żużlowych torach to się nie zdarza. Remisy, owszem, są możliwe, ale padają niezwykle rzadko.
Żużel to wreszcie sport bardzo zmysłowy, to, co dzieje się między bandami toru, widać, słychać i czuć...
Familijnie jest nie tylko na trybunach. Na żużlowych torach ścigało się i ściga wiele rodzinnych duetów, by wspomnieć tylko najbardziej utytułowanych obecnie braci Jacka i Tomasza Gollobów. Również w bogatej historii rybnickiego żużla było kilka takich par. Najpierw byli bracia Stanisław i Andrzej Tkoczowie, potem Antoni i Eugeniusz Skupieniowie, którzy razem zdobywali punkty dla rybnickiego klubu jeszcze w latach 90. Zdarza się też, że w ślady mniej lub bardziej utytułowanego ojca idzie jego syn. Najbardziej znaną żużlową pociechą w Rybniku jest jeżdżący dziś w Ostrowie wychowanek ROW-u Rybnik Mariusz Węgrzyk. Jego ojciec Andrzej zdobywał dla ROW-u punkty na przełomie lat 70. i 80.
W parku maszyn, zwłaszcza w czasie treningów, pojawiają się żony żużlowców z ich pociechami. Dla chłopców to dobra wróżba; kto wie, być może za kilkanaście lat za ich sprawą przypomni sobie, że przecież przed laty ścigał się na żużlu jego ojciec...
(ww)
warto zajrzeć:
www.rkm.rybnik.pl
|
|