Fot. www.sxc.hu
| |
|
|
|
Dzienniczek z podróży
Aleksandra Tambor i Magdalena Zielonka
Koniec roku szkolnego to dla każdego ucznia błogosławieństwo i siódme niebo. Wszyscy marzą o wypoczynku nad ślicznym jeziorem, leniuchowaniem na piaszczystej plaży, czy aktywnych przechadzkach górskimi szlakami.
Ola: Nasza podróż do Porąbki, malowniczej miejscowości w Beskidzie Żywieckim, rozpoczęła się 2 lipca o godzinie 7.30 w Rybniku. Z ciężkim ekwipunkiem na plecach zjawiłam się u Magdy. Na tę artystkę, jak zwykle, trzeba było poczekać. Kiedy już zeszła, dzierżąc w dłoni zielone jabłko i dziarsko je pogryzając, ruszyłyśmy na Dworzec Komunikacji Miejskiej, by stamtąd udać się autobusem nr 52 do Żor.
Magda: Jak zwykle zaspałam, więc pojawiły się wątpliwości, czy zdążymy na autobus. Zaufałyśmy jednak danym zgromadzonym dnia poprzedniego.
Ola: Jak już wcześniej mówiłam, początkowym celem naszej podróży były Żory, gdzie Magda miała złożyć papiery do szkoły.
Magda: Na dworcu czekała nas niespodzianka. Okazało się, że godzina odjazdu, którą sobie wybrałyśmy, obowiązuje tylko podczas roku szkolnego. Musiałyśmy więc pojechać pół godziny później. Był to zwiastun naszych późniejszych perypetii.
Ola: Do Żor dojechałyśmy właściwie bez przeszkód. Z ciężkimi plecakami dotarłyśmy do szkoły i z ulgą pozbyłyśmy się ciężaru dokumentów i stresu rekrutacji. Bo ciężar fizyczny, oczywiście, pozostał.
Magda: Na szczęście dworzec PKP był blisko, więc udałyśmy się tam, aby oczekiwać przez godzinę na pociąg do Bielska-Białej. Niestety, nasza radość szybko minęła.
Ola: Tak, okazało się, że pociąg ten, owszem, kursuje, ale tylko w weekendy. Kolejny pociąg wyruszał dopiero za kilka godzin.
Magda: Postanowiłyśmy sprawdzić, jak rzecz ma się w Rybniku. Wysłałyśmy więc SMS do informacji PKP z zapytaniem o połączenie z Bielskiem. Okazało się, że takowe jest o 11.24, więc wróciłyśmy do rodzinnego miasta.
Ola: Po czterech godzinach znów znalazłyśmy się w punkcie wyjścia. Do tego na Dworcu PKP w Rybniku usłyszałyśmy kolejne niepokojące wieści.
Magda: Połączenie było, ale żeby nam nie ułatwiać życia, to z przesiadką w Katowicach Piotrowicach. Za bilety zapłaciłyśmy podwójnie.
Ola: Przed odjazdem pociągu poszłyśmy do dworcowej toalety. Madzię dopadł atak śmiechu, gdy zobaczyła cennik: kabina - 1,20 zł, mycie rąk - 0,80 zł. Tak więc, wbrew temu, co wpajała mi mamusia, musiałam zrezygnować z mycia rączek. Higiena była zbyt droga.
Magda: Tak rozbawione wsiadłyśmy z peronu nr 2 do pociągu. Od razu zajęłyśmy wygodne miejsca, Ola nawet położyła nóżki na pustym siedzeniu naprzeciwko.
Ola: Tak, tu zaczęły się problemy, bo gdy spokojnie oddawałyśmy się relaksowi, bezczelnie zakłócił go kontroler (z szumną wizytówką kierownika pociągu). Na widok mojego rozpasania i nóg na siedzeniu oburzył się, więc wdałam się z nim w pyskówkę. Nasze wdzięki widocznie nie działały na tego faceta.
Magda: Do Oli nie mógł się przyczepić, bo jej legitymacja była w stanie idealnym, ale moja przeżyła bliskie spotkanie z pralką. Niestety, moja kochana przyjaciółka nie uwzględniła tego przy kupowaniu biletów i kiedy kazałam jej kupić cały, oszczędnie wybrała dla mnie ulgowy. Po dyskusji kanar poprosił mnie na rozmowę do przedziału na samym początku pociągu.
Ola: Jakie ja wtedy przeżywałam katusze! Spojrzeniem podtrzymywał mnie na duchu mężczyzna siedzący po przekątnej, ale i tak zżerał mnie stres - co z Magdą- i niepewność - gdzie musimy wysiąść, czy ona zdąży.
Magda: W tym samym momencie ja, razem z jednym chłopakiem i panem dręczącym biedne dzieci dotarliśmy do przedziału, przy którym zaczynała się już zbierać kolejka. Wszyscy zatrzymani próbowali się tłumaczyć, ale im bardziej się starali, tym większą karę musieli zapłacić. Zdecydowanie w tym przedziale i z tym panem dyskusje nie były mile widziane; po pewnym czasie pozostawało już tylko czekać w milczeniu na wyrok.
Ola: Podczas gdy ja panikowałam i czekałam na Madzię.
Magda: Wszyscy zgromadzeni mieli wybór: 60 zł kary na miejscu, lub 150 zł w późniejszym terminie. Wiedziałam, że ja nie mogę sobie w tej chwili pozwolić na taki wydatek, więc powoli godziłam się z myślą powiadomienia rodziców o dodatkowych kosztach.
Ola: A ja panikowałam, bo Katowice niebezpiecznie się zbliżały.
Magda: W końcu w przedziale została trójka kontrolerów i ja. Próbowałam jeszcze dorzucić swoje trzy grosze do zaistniałej sytuacji, ale każda taka próba kończyła się zabraniem mi głosu. Stałam więc i patrzyłam błagalnie na dwójkę kanarów, którzy wyglądali nieco mniej złowieszczo. Po dłuższej chwili kierownik pociągu podał moją wypraną i pachnącą Lenorem legitymację pani kontrolerce z rozkazem wypisania mandatu na 150 zł. Nieśmiało zaoponowała: "Ale tu się należy 120 zł...". Zaczęła się bitwa spojrzeń i monolog kanara. Wziął jeszcze raz legitymację, przejrzał ją i chyba trochę złagodniał. W końcu zgodził się na dopłatę do normalnego biletu. Na odchodnym powiedział mi, że to wszystko wina Oli, bo sprowokowała go tymi butami na siedzeniu.
Ola: Nawet w pociągu zwracamy na siebie uwagę wszystkich! Madzia wróciła w samą porę, by wysiąść na naszej stacji. Czekała nas tam kolejna przykra niespodzianka - pociąg do Bielska opóźnił się pół godziny. Kolejne 30 minut upału i ciężkich plecaków!!
Magda: Gdy już wsiadłyśmy w tę piekielną machinę, musiałam zmierzyć się z kolejną panią kontroler i poprosić ją, żebym mogła dopłacić do biletu. Skończyło się na kupnie nowego, normalnego.
Ola: Bez większych problemów dotarłyśmy do Bielska. W dworcowym WC się przebrałyśmy i ruszyłyśmy na dworzec PKS, by na własne oczy przekonać się, o której odjeżdża autobus do Porąbki. Jakoś już nie wierzyłyśmy internetowym rozkładom jazdy.
Magda: Miałyśmy dość czasu na mały spacer do CH Sfera, ale po perypetiach z dopłatami do biletów nie bardzo było czym poszaleć. Ola tylko popędziła do księgarni z szaleńczym błyskiem w oczach, a wróciła z lżejszym portfelem i nową książką.
Ola: Po zjedzeniu zdrowego i pożywnego obiadu (ja zamówiłam hamburgera, a Madzia frytki) poszłyśmy na dworzec PKS. O 16.00 odjeżdżał nasz autobus.
Magda: Nastąpiła najmilsza część dnia - podróż starym pekaesem z dużymi, otwartymi oknami, przez które wychylałyśmy się w czasie brawurowych manewrów kierowcy. Włączyłyśmy głośną, szaloną muzykę, zdjęłyśmy bluzki, by pozostać w górach od bikini i oddawałyśmy się gorącym promieniom słońca i podmuchom wiatru. Po raz pierwszy poczułyśmy zapach Wakacji.
Ola: Tak dotarłyśmy do "centrum" Porąbki (trzy sklepy, kościół i urząd miasta) brudne i spocone. Ściągnęłyśmy mnóstwo zdziwionych spojrzeń, więc szybko założyłyśmy bluzki. Tam pewnie nieczęste są takie widoki.
Magda: O 17.10 miejscowy bus zabrał nas z rynku i podwiózł kilka przystanków w górę. Resztę drogi miałyśmy przebyć na piechotę. Mount Everest to przy tym mały pagórek!
Ola: No, trasa lekka nie była. O 17.40 dotarłyśmy do domu, wykończone dziesięciogodzinną podróżą. No tak, teraz czas wypoczywać!
Magda: A rozkład jazdy następnym razem sprawdza Ola!
Aleksandra Tambor i Magdalena Zielonka
|
|