Rys. Karol Wawrzyniak
| |
|
|
|
Jak budujemy, czyli siła stereotypów
arch. Marek Wawrzyniak
Sąsiad kupił sobie nową toyotę. Starym samochodem będzie jeździć żona. Jak tak dalej pójdzie, za parę lat samochody pokryją cały teren wokół naszego bloku. Już i tak większość trawników przerobiono na parkingi. Lekarz spod 34 skarżył się w windzie, że wczoraj spóźnił się na dyżur, bo ktoś kompletnie zablokował mu samochód.
- Trzeba uciekać z tych Nowin - powiedział, wysiadając z windy. - Tu się już nie da mieszkać. Może liczy na podwyżki zapowiedziane przez ministra Religę.
Ciekawe, jak będzie wyglądać jego wymarzony dom, bo sądzę, że do niego właśnie ma zamiar uciekać. Pewnie zadowoliłby go mały, uroczy dworek z wiśniowym sadem i widokiem na jezioro. Coś mi jednak mówi, że włości takich jest niewiele i ma to przełożenie na ich cenę. A ta, mimo spodziewanej poprawy sytuacji finansowej, będzie dla naszego pana doktora bardzo istotna. Nie rezygnując zatem z pierwotnej wizji, będzie musiał wprowadzić program oszczędnościowy już od samego początku. Spróbujmy towarzyszyć mu w drodze do upragnionego celu. Zanim to jednak nastąpi, nie chcąc narażać się tym, którzy składali przysięgę Hipokratesa, uczynię naszego bohatera postacią bardziej anonimową i zacznę nazywać go inwestorem.
Oglądałem ostatnio plan zagospodarowania Rybnika. Wstępne podziały terenów przeznaczonych pod zabudowę jednorodzinną zakładają działki o powierzchni 600-700 m kw. Dworek może by się i zmieścił, gorzej będzie
z sadem i jeziorem. Zresztą z samym dworkiem sprawa też nie jest taka oczywista. Znam przypadek, gdzie na skutek niewłaściwego doboru projektu typowego okazało się, że od wspartego na kolumnach, "szlacheckiego" ganku do płotu zostały ledwie dwa metry. Trochę za ciasno, żeby dwukonną bryką zajechał młody panek... Szkoda, że inwestor uświadomił to sobie dopiero w trakcie budowy. Zakup projektu typowego był pierwszą z szeregu decyzji oszczędnościowych.
W chwili zakupu 700- czy nawet 600-metrowa działka nie wydaje się mała, szczególnie gdy działki sąsiednie nie są jeszcze zabudowane. Wytyczone przez geodetę osie konstrukcyjne pokazują wstępny zarys pomieszczeń, które odbierane w kontekście otwartej przestrzeni wydają się zawsze wyjątkowo ciasne. Aż się prosi, żeby powiększyć budynek o metr czy półtora w jedną lub drugą stronę. Na tym etapie to koszt niewielki - trochę pustaków i zaprawy, a źródło finansowania jeszcze nie wyschło. Ciekawe, że w założeniach prawie zawsze upragniony domek ma być malutki i przytulny. Potem jednak okazuje się, że kolejne pomieszczenia są po prostu niezbędne dla funkcjonowania rodziny. Obserwując zmagania moich inwestorów z programem funkcjonalnym dla ich domu, odnoszę wrażenie, że czasami wystarczy tylko wypowiedzieć nazwę jakiegoś pomieszczenia, żaby natychmiast stało się ono niezbędne:
|
gabinet - niezbędny do spokojnej pracy, choćby miała ograniczyć się do wypisywania kartek świątecznych lub urodzinowych
jadalnia - niezbędna dla biesiadowania w szerokim gronie rodziny, choćby tylko raz w roku na święta
ogród zimowy - żeby mieć gdzie wypić kawę
pokój gościnny - na odwiedziny teściów
drugi garaż - na samochód gospodarza, który w praktyce zawsze będzie stał przed domem
siłownia połączona z sauną - konieczna do dbania o kondycję, za co inwestor zabierze się niezwłocznie po spłaceniu zaciągniętego na budowę domu kredytu
barek - żeby móc spokojnie pogadać z kolegami
pomieszczenie odsłuchowe - na kolekcję płyt
basen - bo kto dziś buduje dom bez basenu.
| |
A może by tak wypisywać te kartki przy biurku syna i przy tym trochę z nim porozmawiać. Kto wie, czy wkrótce po ukończeniu budowy nie wyjedzie na studia i nie pozostawi nam dodatkowego pokoju gościnnego.
Tak czy inaczej projekt typowy zawsze trzeba rozbudować. Co tam proporcje budynku, w proporcjach się nie mieszka. Jak wiadomo, w domu przyda się piwnica. Każdy wie, że ogrzewanie węglowe jest najtańsze, a trudno wyobrazić sobie kotłownię i skład opału na parterze lub na piętrze. Już na etapie pozwolenia na budowę rozszerza się typowy projekt o piwnic. Ciekawi mnie, czy podejmując decyzję o ogrzewaniu węglowym, w bilansie zysków nasz oszczędny inwestor uwzględnił koszty budowy, wykończenia, ogrzewania, malowania i eksploatacji dodatkowych pomieszczeń, wzrastające koszty przywozu opału i wywozu odpadów i wreszcie własnej pracy. Za ile lat i czy w ogóle oszczędności będą realne?
Przy wyborze systemów ogrzewania popełniane są również inne błędy. Na fali postępu wyedukowany przez liczne czasopisma, oferujące porady budowlane, inwestor sięga po tak zwane alternatywne źródła energii. Systemy te, rzeczywiście tanie w eksploatacji i proekologiczne, są niestety na etapie budowy znacznie droższe od tradycyjnych i spłacają się dopiero po kilkunastu latach. Tymczasem trzeba na nie wydać pieniądze z kredytu, bowiem fundusze własne wyczerpały się naszemu inwestorowi gdzieś po zamknięciu stanu surowego.
Wracamy na budowę. W trakcie prac ziemnych z racji oszczędności piwnicę nie do końca zagłębiono w gruncie. Po jakimś czasie okaże się, że schody wejściowe wydłużą się o kilka stopni, a te wiodące na taras sięgną połowy ogródka. Za to siedząc na tarasie, będziemy mieli lepszy widok, ale też sami będziemy lepiej widziani, bo działa to w obie strony.
Ostatnim etapem kształtowania się bryły naszego "dworku" jest pójście za radą ekspertów budowlanych (tych nigdy nie brak w gronie rodziny i przyjaciół) i podniesienie ścianek kolankowych w celu zwiększenia powierzchni użytkowej pokoi na poddaszu. Dach oczywiście musi być spadzisty, w konstrukcji drewnianej, kryty dachówką ceramiczną (lub blaszaną) albo gontem (bitumicznym). To oprócz pogoni za wyśnionym ideałem jest reakcją na wiecznie cieknące dachy płaskie rodem z poprzedniej epoki. Nasz inwestor nie wie, że od dachów krytych papą na lepiku dzielą nas lata świetlne. Współczesne rozwiązania dachów płaskich prawidłowo zaprojektowane i wykonane gwarantują szczelność dorównującą szczelności basenów i praktycznie nie wymagają konserwacji. Są przy tym tańsze od opartych na tradycyjnej więźbie dachowej, która też ma swoje minusy. Po ostatniej zimie na przykład słyszałem wiele skarg na powyłamywane płotki śniegowe i pozrywane rynny.
Jednym z mitów towarzyszących wizji pokoiku na poddaszu jest odkryta więźba dachowa. Niestety warstwy ocieplenia i izolacji całkowicie zakrywają konstrukcję. Znany jest mi tylko jeden system pokryć dachowych, pozwalający na pokazanie autentycznej ciesiołki, tyle tylko, że na rynku bardzo trudno jest o odpowiednio wysuszone drewno, a jeszcze trudniej o dobrego cieślę. W tej sytuacji drewno na poddaszu ograniczy się co najwyżej do boazerii z cienkich listewek.
Mamy już nasz "domek" pod dachem. I to pod dachem niepokojąco dalekim od ziemi. Na filmach te dworki wyglądają jednak jakoś inaczej. Gdyby w nawale problemów, generowanych głównie przez sprzeczne z przyjętym projektem opinie "ekspertów", nasz kochany inwestor znalazł czas na odrobinę refleksji, może wypożyczyłby np. film "Noce i dnie". Zauważyłby wtedy, że wysokość ścian dworków w stosunku do połaci dachowej jest jak 1:2, a nawet 1:3, a tutaj jakby odwrotnie. To tak jakby człowiekowi odwrócić proporcje głowy do tułowia.

rys. Karol Wawrzyniak
Wykrwawiony finansowo i skołowany inwestor przystępuje tymczasem do ostatniej części batalii o własny kąt - tzw. wykończeniówki. Tak jak dotychczas korzystać będzie z przypadkowych wykonawców dobieranych według zasady "kto taniej". Każda nowa ekipa z niezwykłą wnikliwością będzie wyłapywać błędy poprzedników i oczekiwać dodatkowej zapłaty za ich poprawienie, nie widząc oczywiście żadnych uchybień we własnej pracy. Brak koordynacji pracy skutkuje często uszkodzeniem tego, co wcześniej wykonano. Cały czas toczy się nierówna gra. Przewaga doświadczenia wykonawcy nad inwestorem pomaga mu w wyciąganiu dodatkowych pieniędzy i ograniczeniu kosztów własnych. Na czymś w końcu trzeba zarobić. W rezultacie oszczędna metoda gospodarcza okazuje się być czasem nawet o kilkadziesiąt procent droższa od kompleksowych usług generalnego wykonawcy. Dodatkowo otrzymujemy bonus w postaci całkowitego rozmycia odpowiedzialności za ewentualne usterki. Nie trzeba dodawać, że na tym etapie wybór materiałów wg zasady "mniej wytrzymały, ale tani" bierze górę nad zasadą "dopłać i miej święty spokój na zawsze". Okładziny ścienne zastępuje malowany tynk, inne materiały i wyposażenie wypierane są przez tanie podróbki. Tak oto trwa wytężona praca nad wzrostem kosztów eksploatacji budynku. To niezawodny sposób na zapewnienie sobie możliwości upłynniania nadmiaru gotówki w przyszłości.
Wreszcie następuje moment, w którym sprzedajemy mieszkanie w bloku, co umożliwi nam pokrycie części zobowiązań. Wprowadzamy się do częściowo niewykończonej krainy szczęśliwości. W wyniku konsekwentnej polityki oszczędnościowej i korzystania z rad "ekspertów" planowane koszty budowy zostały przekroczone zaledwie o 100%. Na przyszłość pozostaje nam tylko wykończenie sauny, siłowni, barku w piwnicy i ogrodu. W pokoju gościnnym urządzamy "tymczasowo" graciarnię.
W międzyczasie na sąsiednich działkach powstały domy nie tak ładne jak nasz, ale jednak jakoś bardzo do niego podobne. Co dziwniejsze domy te przypominają znaną nam dobrze "kostkę polską", tyle tylko, że ze spadzistym dachem. W czasie pracy w ogrodzie chcąc nie chcąc zaprzyjaźniamy się z sąsiadami. Stali się nam oni w sensie dosłownym bardzo bliscy. Odległość między domami wynosi jakieś osiem metrów i jest mniejsza niż ich wysokość. Mniej więcej tyle samo dzieli schody z tarasu od ogrodzenia zamykającego ogród.

rys. Karol Wawrzyniak
W słoneczne dni podziwiamy wdzięki opalającej się na wysokim tarasie sąsiadki widoczne w każdym szczególe, zaś w weekendy poznajemy preferencje kulinarne grillującego pod naszymi oknami sąsiada. Rozmowy zza płotu też docierają do nas wyraźniej niż jeszcze niedawno zza ścian w bloku. Ale co tam, wreszcie jesteśmy na swoim. Tylko w czasie odwiedzin u kuzyna w Holandii stwierdzamy, że chociaż jeździ samochodem wcale nie lepszym od naszego i nie ma jeszcze internetu, to mieszka jakoś inaczej...
Tylko w czasie odwiedzin u kuzyna w Holandii stwierdzamy, że chociaż jeździ samochodem wcale nie lepszym od naszego i nie zainstalował jeszcze internetu to mieszka jakoś inaczej.
Marek Wawrzyniak
Autor jest czynnym architektem,
kierownikiem pracowni "topPROJECT" w Rybniku
warto zajrzeć:
www.topproject.com.pl
|
|