 Fot. Kali
| |
|
|
|
Burgherzberg
MUZYCZNE PODRÓŻE KALEGO - CZĘŚĆ 2
Krzysztof Urbańczyk
Tej nocy, kolejnej upalnej tego lata, długo nie mogłem zasnąć. Myślami byłem już prawie tysiąc kilometrów na zachód na łące pełnej szczęśliwych i uradowanych ludzi. Nie wiem, kiedy myśli łagodnie przeszły w ten kolorowy i pełen cudownych dźwięków sen, ale brutalny pisk wydawany przez budzik potwierdził, że był to tylko sen.
Najpierw trzeba było zmierzyć się z setkami kilometrów rozgrzanego asfaltu i naszym smutnym polskim pojmowaniem słowa AUTOSTRADA, by w końcu po kolejnych kilku godzinach szybkiej jazdy typowo imperialistycznymi już autostradami, które, nie wiadomo dlaczego, obfitują w parkingi, WC, a nawet pasy awaryjne, dotrzeć do KASSEL. Mój serdeczny licealny druh Krzysztof czekał już z pełną szklanicą tak ulubionego przeze mnie niemieckiego PAULANERA.
Widzimy się raczej rzadko, bo odległość skutecznie nam to utrudnia, ale lipcowe spotkania z okazji kolejnego Festiwalu BURGHERZBERG stają się ważną tradycją w naszym życiu. Moja radość tym razem była podwójna, bo towarzyszyła mi moja najstarsza córka Agnieszka, a to duża frajda dla ojca, gdy jego upodobania i radości stają się również udziałem dziecka. Dzień poprzedzający wyjazd na imprezę upłynął nam na eksploracji sklepów z płytami i innymi produktami, zwłaszcza tymi niezbędnymi na polu namiotowym oraz próbie spakowania tego wszystkiego do samochodu.
Następnego ranka pomknęliśmy w kierunku małej wsi BREITENBACH, gdzie na ogrodzonej łące stało już mnóstwo namiotów i przyczep campingowych. Życie tu już wrzało, ale innym, o wiele mniej cywilizowanym rytmem. Powoli wszyscy wokół zapominali o swoich codziennych troskach, a uśmiech i radosne HALLO pojawiały się na każdym kroku. Zarówno stali bywalcy, jak i nowi goście od razu wczuwali się w atmosferę i emocje festiwalu Mimo bezlitosnego żaru lejącego się z nieba, szybko rozbiliśmy namiot tuż obok działającego już na pełnych obrotach parku zabaw dla dzieci. Po szklanicy zimnego piwa i krótkim odpoczynku wyruszyliśmy na obchód po campie, rozpoznając wiele twarzy z ubiegłorocznej imprezy.
O godzinie 18.00 na scenie pojawił się pierwszy tego dnia zespół, powstały okazjonalnie Session Band, który wprowadził powoli schodzących się pod scenę słuchaczy w dobry, bluesrockowy nastrój. Następnie ze sceny głównej festiwalu popłynęły dźwięki psychodelicznej muzyki z kręgu niemieckiego krautrocka w wykonaniu zespołu SPACE DERBIS. Trudniejsza melodyka przesyconych improwizacjami utworów w świetle powoli zachodzącego słońca wprawiła rosnący tłum słuchaczy w naprawdę festiwalowy nastrój. Teraz już mogło być tylko lepiej. Na scenie pojawił się zespół TRIPOD, którego muzyka czerpie swą moc z prawdziwego ciężkiego rocka BLACK SABBATH, VAN DER GRAFF GENERATOR, a ambicje muzyczne sięgają wyżyn dokonań KING CRIMSON. To był dobry i ciepło przyjęty występ. Wieczór zakończył świetny kanadyjski zespół WHITE COWBELL OKLAHOMA, wbrew nazwie pochodzący z Toronto, który zaprezentował mieszankę country, southern i heavy rocka.
Północ minęła już dawno i gwiazdy świeciły radośnie, gdy wracaliśmy w rozśpiewanym nastroju do namiotów. Sen nadszedł szybko i obudziło nas dopiero mocne poranne słońce. Camp rozbrzmiewał odgłosami budzącego się do życia społeczeństwa ludzi rozkochanych w muzyce, a zapachy nad nim się unoszące wskazywały na pierwszy tego dnia posiłek. Około południa wyposażeni w krzesła turystyczne, parasole i inne środki ochrony przed słońcem (zimne piwo) zajęliśmy miejsca przed namiotem reżyserów dźwięku na wprost sceny. O 13.00 na scenie pojawił się PETER BURSCHS i jego BROSELMASCHINE. Muzyka, która spłynęła z rozgrzanej sceny, to dynamiczny rock z wyraźnymi akcentami folkowymi. Ta chodząca legenda niemieckiej sceny rockowej dała dobry początek drugiego dnia festiwalu. Kolejnym wykonawcą na scenie był dobrze znany koneserom rockowy dinozaur (blisko trzydzieści lat na scenie niemieckiej!), zespół HOELDERLIN. Muzyka, która rozkołysała wszystkich, bez względu na wiek, bliska była symfonicznej odmianie rocka. Następne półtorej godziny wypełniła piękna, ekstatyczna muzyka niemieckiej grupy krautrockowej KRAAN.
Nasza grupka nerwowo zerkała na zegarki, bo oto w czasie, gdy na głównej scenie miał pojawić się zespół- gwiazda SOFT MACHINE, na bocznej scenie rozkładał się nasz rodzimy, bardzo ceniony poza granicami Polski zespół INDUKTI. Rekomendacją tego występu niech będzie fakt, że z początkowej liczby około stu widzów zrobiło się nagle ponad tysiąc! Niektórzy zrezygnowali z koncertu gwiazdy SOFT MACHINE, by posłuchać sensacyjnego polskiego zespołu. Wiele pochlebnych opinii usłyszeliśmy od uczestników festiwalu, a członków zespołu mile zaskoczyła obecność polskich fanów proszących o autografy. Po udanym koncercie INDUKTI szybko trzeba było wracać przed główną scenę festiwalu, gdzie pojawił się już ADRIAN BELEW z zespołem. Ze sceny popłynęły znane fanom ROBERTA FRIPPA utwory z płyt odrodzonego w 1981 roku zespołu KING CRIMSON, w którym gitara Adriana stała się podstawą brzmienia. Trzyosobowy zespół dał wyśmienity koncert a rozkołysany tłum długo jeszcze tego wieczora nucił niełatwe przecież kompozycje zespołu Frippa.
Po kolejnej przerwie na przebudowę sceny pojawił się na niej rozgrzany do białości brazylijski żywioł muzyczny - szalone dźwięki i feeria barwnych efektów. BERIMBROWN zaprezentował zgromadzonym szaloną mieszankę muzyki funk, soul, rap a nawet hip-hop. Owacje i bisy wygasły już po północy, gdy na scenie instalował się kolejny świetny zespół, SPACE RITUAL. Kosmiczna muzyka w stylu HAWKWIND towarzyszyła nam jeszcze długo i dopiero sen w chłodnych już namiotach przerwał ten porywający koncert brzmiący jeszcze w naszych uszach.
Niestety, ranne słońce skutecznie uniemożliwiało dłuższe spanie. Już około godziny 8 w namiocie temperatura zaczynała sięgać wartości trudno akceptowalnych przez organizm ludzki, nawet taki odpowiednio nasycony płynami nieobojętnymi. Trudno, trzeba było wstać, zrobić poranne zakupy, przygotować śniadanie i spokojnie delektując się poranną kawą, czekać na otwarcie terenu festiwalowego. Około 10.00, po zwiedzeniu licznych stoisk z płytami, owocami i czego tam jeszcze dusza uwolniona z okowów cywilizacji zapragnąć może, powoli skierowaliśmy się w kierunku sceny głównej, zajmując z góry upatrzone miejsca.
Sobotni program koncertów o godzinie 11.00 rozpoczynał szwedzki zespół LIQUID SCARLET. W muzyce, którą należałoby sklasyfikować jako rock progresywny z elementami psychodelii z początku działalności PINK FLOYD, IRON BUTTERFLY czy też BEGGARS OPERA, z przyjemnością odnaleźć można było dużą dawkę emocji prawdziwego dobrego rocka. Członkowie zespołu, ubrani w śnieżnobiałe kostiumy, błyskawicznie podbili serca widowni, stając się jedną z rewelacji tegorocznego festiwalu.
Jako następny na scenie pojawił się włoski heavyrockowy zespół WICKED MINDS. W utworach tej grupy pobrzmiewały echa największych rockowych gwiazd lat siedemdziesiątych od DEEP PURPLE, URIAH HEEP, BLACK SABBATH, MANFRED MANN EARTH BAND po zespoły typu HAWKWIND I ATOMIC ROOSTER. Dobry, dynamiczny koncert sprawił mnóstwo radości widzom skąpanym w promieniach szalenie palącego słońca. Następnie na scenie pojawił się dinozaur z kręgu rocka CANTENBURRY, czyli HATFIELD & THE NORTH. Godzina 15.00 okazała się niezbyt łaskawa dla takiej wysublimowanej odmiany rocka, a odnajdywanie smaczków i bogactwa filozoficznego przekazu w tak trudnych warunkach uciążliwego upału stało się wyczynem ponad możliwości żywcem upieczonych słuchaczy.
ULI JON ROTH, który podjął próbę reanimacji widowni za pomocą dźwięków i rytmów znanych z repertuaru SCORPIONS oraz transkrypcji muzyki klasycznej z kręgu Vivaldiego, nie obudził tłumu z letargu, podobnie jak pojawienie się chmur. Dopiero początek koncertu WISHBONE ASH i przelotny deszcz wyzwoliły nowe emocje. Niestety, mistrzowie lat siedemdziesiątych zagrali głównie utwory, których tłum nie oczekiwał i zakończyli krótki koncert bez hitów klasy PHOENIX, PERSEPHONE czy EVERYBODY NEEDS A FRIEND. Koncert pozostawił po sobie niedosyt.
Następna gwiazda tego wieczoru nie tylko nie zawiodła, ale bardzo wysoko podniosła poprzeczkę i tak wymagającej widowni BURGHERZBERG FESTIVAL. Grupa UFO w mocno odmłodzonym składzie odegrała, ku ogromnej radości zgromadzonych, chyba wszystkie największe przeboje, a poziom wykonania zdruzgotał nas i tylko drobny spadający z chmur deszczyk utrzymał nas w stanie przytomności. Był to jeden z najlepszych koncertów tego festiwalu, z niekończącymi się bisami.
Z tego też powodu holenderska grupa THE GATHERING pojawiła się na scenie z opóźnieniem, prawie o północy, co jednak nie przeszkodziło klimatycznej, perfekcyjnej muzyce. Solistka grupy ANNEKE van GIERSBERGEN udowodniła świetna formę wokalną. Również w tym przypadku wykonawcy mocno musieli się napracować, zanim tłum wielbicieli dobrej muzyki pozwolił im zejść ze sceny. Ten wieczór koncertowy zakończył świetny zespół rocka psychedelicznego HIDRIA SPACEFOLK, którego słuchaliśmy już, leżąc w namiotach (ale nagłośnienie było świetne!).
Niedzielny poranek pozwolił nam trochę odespać zaległości z poprzednich dni, ponieważ temperatura z rana była trochę niższa. Przedpołudnie wypełniliśmy kupowaniem pamiątek. Pierwszy koncert żywiołowej muzyki, o wyraźnym cygańskim charakterze, tego dnia dała grupa CASINO GITANO Następnym punktem programu był występ niemieckiego barda GOTZA WIDMANNA, który w prześmiewczych tekstach swoich ballad nie pominął nikogo z polityków i żadnej organizacji, z Unią Europejską na czele. Ten występ był dla nas trudny w odbiorze, bo wymagał dobrej znajomości języka niemieckiego.
Następnie na scenie pojawił się zespół ORANGE z muzyką mistyczną, tajemniczą, transową, momentami błądzącą gdzieś po pograniczach muzyki progresywnej. ANTIBALAS AFROBEAT ORCHESTRA pokazała widowisko pełne afrykańskich i karaibskich rytmów. Żywioł, który ogarnął scenę, porwał do tańca większość zgromadzonej widowni. Ale powoli w powietrzu coraz wyraźniej wyczuwane było oczekiwanie na wielki finał festiwalu, czyli występ całego szeregu gwiazd muzyki rockowej i bluesowej zrzeszonych tego wieczoru pod nazwą HERZBERG BLUES ALLSTARS. W szeregach tej supergrupy znaleźli się tacy weterani scen muzycznych, jak CHRIS FARLOWE, CLEM CLEMPSON, MIKE HARISSON, PETE BROWN, ALEX CONTI, PAUL BURGESS oraz wielu innych muzyków, którzy wielokrotnie w czasie koncertu wymieniali się, tworząc najbardziej niewiarygodne składy . Muzyka cudownie kojąca emocje tych czterech dni wypełniła kilka ostatnich już wieczornych godzin tegorocznego festiwalu.
Jeszcze tego samego wieczoru wyruszyliśmy w kierunku cywilizacji, bieżącej ciepłej wody i wygodnych łóżek,ale myśleliśmy już o kolejnym spotkaniu na łące we wsi Breitenbach, za rok, o tej samej porze. Gościnne podnóże BURGHERZBERG pożegnało nas dźwiękami gitar dobiegających z coraz bardziej pustoszejącego campu. Na szczęście, technicy TV WDR i programu ROCKPALAST zarejestrowali obszerne fragmenty festiwalu i cały koncert finałowy, a materiał ten ukazał się już w formie podwójnego DVD, co złagodzi nieco naszą tęsknotę do tej społeczności ludzi rozkochanych w muzyce, ludzi wielkiego ducha, kochających i szanujących bliźniego.
Kali
zdjęcia z festiwalu:
warto zajrzeć:
www.burgherzberg-festival.de
|
|